Otworzyłam oczy. Ktoś oblał mnie wodą.
-Drake?
-Nie tym razem królewno.
-Michael?
-Zgadłaś. Jezu, co ci się stało?
-To... nic takiego.
-Nie ruszaj się.
Poczułam na ranie piekący ból. Zapiszczałam.
-Spokojnie. Muszę odkazić rany.
Kiedy on zajmował się moimi ranami zapytałam:
-A gdzie jest Drake?
-Uciekłem im na postoju. Nie wiem gdzie teraz są.
-Po co wróciłeś?
-Po ciebie.
Spojrzałam na niego.
-Ale... nie będę mogła cię unieść.
-Tym razem role się zamienią.
-Mike, nie... nie uniesiesz mnie.
-Jako wilka. Ale jako kobietę?
Zmieniłam się w człowieka i Michael wziął mnie na ręce. Szliśmy przez długi czas. Poczułam się strasznie słabo.
-Ej, nie zamykaj mi tu oczu!- powtarzał.
-Próbuję. Ale to nie jest łatwe.
-Potrzebujesz postoju?
Pokiwałam lekko głową. Posadził mnie pod wielkim drzewem, bo akurat szliśmy przez las, i wyciągnął z plecaka wodę.
-Pij.
Pokręciłam głową. Mike przysunął się do mnie i przyłożył mi wodę do ust.
-Nie chcę.
-Teraz ja się tobą opiekuję. Masz się napić.
Spojrzałam na niego srogo.
-Nie rusza mnie twój wzrok. Pij w końcu.
Prychnęłam, ale posłuchałam go.
-Grzeczna dziewczynka.
Zamieniłam się w wilka i zaczęłam wylizywać swoje rany. Kiedy usiadł obok, warknęłam. Usiadł naprzeciw, po drugiej stronie ogniska. Pod wieczór zaczął nucić cicho do siebie. Położyłam łeb na łapach i uważnie mu się przyglądałam. Jego głos był nieziemski. Wstałam, podeszłam do niego i położyłam się obok. Ułożywszy łeb na jego kolanach, zaczęłam słuchać jak podśpiewuje.
-Alex, mogę cię o coś zapytać?
Spojrzałam na niego.
-Macie jakąś swoją religię?
-My wierzymy w reinkarnację. Widzisz tamtego motylka?
Pokiwał głową.
-Możliwe, że to ktoś z mojej rodziny.
-A na czym polega ta reinkarnacja?
-Po śmierci nasza dusza ulatuje i łączy się z innym ciałem. Trochę tak, jakbyś odziedziczył ją po kimś.
-Czyli, że moja dusza należała do kogoś innego, zanim się urodziłem?
-Owszem. Nie tylko twoja. Moja też. W każdym razie ja tak to widzę. A jak jest u was?
-U nas jest tak, że jeżeli umrzesz to twoja dusza pójdzie do nieba, albo ewentualnie do piekła.
-A od czego to zależy?
-Jeżeli byłeś dobrym człowiekiem, to pójdziesz do nieba, jeżeli zaś złym, wtedy idziesz do piekła.
-Czyli nie wracasz już na ziemię?
-Niestety nie.
-Chyba wolę moją wiarę.
-Nie dziwię się.
Patrzyliśmy sobie przez chwilę w oczy, ale w końcu odwróciłam wzrok, prychnęłam i wróciłam na drugą stronę ogniska. W pewnej chwili zasnęłam. Obudziłam się w nocy. Mike był skulony, a ognisko ledwo co się paliło. Trząsł się. Położyłam się obok niego i zaczęłam grzać go moim futrem. Przytulił się do mnie przez sen. Zachowywał się jak małe dziecko. To było... słodkie. Rano jeszcze spał, kiedy ja się obudziłam. Co prawda jeszcze mnie wszystko bolało, ale dałabym radę go nieść. Zabrałam nasze rzeczy i wrzuciłam go na swój grzbiet tak, żeby nie spadł. Po jakimś czasie obudził się.
-Co się dzieje?
-Idziemy dalej.
Nagle poczułam, jak zeskakuje z moich pleców. Odwróciłam się i mruknęłam na niego.
-Nie ma mowy, żebyś mnie niosła.
Warknęłam.
-Możesz sobie warczeć ile chcesz. Mnie to nie rusza.
-Dlaczego, tak właściwie, zależy ci, żebym się nie przemęczała? Jestem tylko zwierzęciem.
-Ale ja w tym zwierzęciu zobaczyłem kobietę. Śliczną, mądrą, niezależną kobietę. I zobaczyłem też jej serce.
Patrzyliśmy sobie chwilę w oczy.
-Niedaleko stąd jest miasto. Mógłby cię tam obejrzeć lekarz- odrzekł.
-I co mu powiesz? Że biłam się z wilkami?
-No to może weterynarz? On nie będzie się pytał co robiłaś. Pójdziesz do niego jako wilk.
Po minucie ciszy odwróciłam się i odrzekłam:
-Nie ma mowy.
-A co zrobisz? Będziesz szła taka poobijana? A co, jeżeli coś ci się stanie z tymi ranami. Jak wda się zakażenie, albo zaczną na nowo krwawić? Co wtedy?
Westchnęłam.
-To gdzie jest to miasto?
-Jakieś pół godziny stąd.
-To wsiadaj.
-Nie, dziękuję. Przejdę się.
Przewróciłam oczami i prychnęłam. Tak jak mówił Michael, niedługo potem byliśmy na miejscu.
-Musimy ci jeszcze kupić obrożę, kaganiec i smycz.
Spojrzałam na niego niezadowolona.
-Wymogi miasta- wyjaśnił.
Poszliśmy do sklepu zoologicznego. Mike zaczął mierzyć mi różne obrożę. W końcu znalazł odpowiednią. Dobrał jeszcze smycz i kaganiec i wyszliśmy. Sprzedawca był zdziwiony widokiem tak wielkiego psa. Przed lecznicą założył mi to wszystko.
-Nigdy więcej...- mruknęłam.
-Oj, nie marudź.
-Następny proszę!
Weszliśmy do gabinetu. Kiedy zobaczyłam te wszystkie igły i narzędzia, zaczęłam panikować. Usiadłam pod ścianą i nie chciałam podejść. Mike kucnął przede mną.
-Hej, co jest?
Pokazałam mu wzrokiem na igły.
-Ty nie będziesz szczepiona, tylko opatrzona. No chodź, nie bój się.
Podeszłam nieśmiało do weterynarza. Zaczął mnie oglądać i bandażować poważniejsze rany. Zanim się obejrzałam było po wszystkim.
-Pójdziemy jeszcze w jedno miejsce.
Mike i ja poszliśmy do sklepu jeździeckiego. Michael kupił tam siodło, rękawiczki i lejce.
-Po co ci to?
-Jeżeli mam na tobie jeździć, to obojgu będzie nam wygodniej.
Kiedy wróciliśmy z miasta, założył to na mnie i wsiadł.
-Czujesz się na siłach?
-Jak jeszcze nigdy- powiedziałam, zniżając ciało do ziemi.
Wystartowałam jak błyskawica przed siebie.
-Alex! Spokojnie!
Przystanęłam.
-Może następnym razem ostrzegaj mnie, kiedy będziesz chciała przyprawić mnie o zawał?
Zaśmiałam się.
-To możemy jechać, królewiczu?- zapytałam żartobliwie.
-Teraz tak. I nie nazywaj mnie królewiczem.
-A jak? Może królewno?
-Ej, bo zaraz ja będę złośliwy- zaśmiał się.
Przez resztę dnia jechaliśmy w spokoju...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz