czwartek, 20 marca 2014

Rozdział IV

Otworzyłam oczy. Ktoś oblał mnie wodą.
-Drake?
-Nie tym razem królewno.
-Michael?
-Zgadłaś. Jezu, co ci się stało?
-To... nic takiego.
-Nie ruszaj się.
Poczułam na ranie piekący ból. Zapiszczałam.
-Spokojnie. Muszę odkazić rany.
Kiedy on zajmował się moimi ranami zapytałam:
-A gdzie jest Drake?
-Uciekłem im na postoju. Nie wiem gdzie teraz są.
-Po co wróciłeś?
-Po ciebie.
Spojrzałam na niego.
-Ale... nie będę mogła cię unieść.
-Tym razem role się zamienią.
-Mike, nie... nie uniesiesz mnie.
-Jako wilka. Ale jako kobietę?
Zmieniłam się w człowieka i Michael wziął mnie na ręce. Szliśmy przez długi czas. Poczułam się strasznie słabo.
-Ej, nie zamykaj mi tu oczu!- powtarzał.
-Próbuję. Ale to nie jest łatwe.
-Potrzebujesz postoju?
Pokiwałam lekko głową. Posadził mnie pod wielkim drzewem, bo akurat szliśmy przez las, i wyciągnął z plecaka wodę.
-Pij.
Pokręciłam głową. Mike przysunął się do mnie i przyłożył mi wodę do ust.
-Nie chcę.
-Teraz ja się tobą opiekuję. Masz się napić.
Spojrzałam na niego srogo.
-Nie rusza mnie twój wzrok. Pij w końcu.
Prychnęłam, ale posłuchałam go.
-Grzeczna dziewczynka.
Zamieniłam się w wilka i zaczęłam wylizywać swoje rany. Kiedy usiadł obok, warknęłam. Usiadł naprzeciw, po drugiej stronie ogniska. Pod wieczór zaczął nucić cicho do siebie. Położyłam łeb na łapach i uważnie mu się przyglądałam. Jego głos był nieziemski. Wstałam, podeszłam do niego i położyłam się obok. Ułożywszy łeb na jego kolanach, zaczęłam słuchać jak podśpiewuje.
-Alex, mogę cię o coś zapytać?
Spojrzałam na niego.
-Macie jakąś swoją religię?
-My wierzymy w reinkarnację. Widzisz tamtego motylka?
Pokiwał głową.
-Możliwe, że to ktoś z mojej rodziny.
-A na czym polega ta reinkarnacja?
-Po śmierci nasza dusza ulatuje i łączy się z innym ciałem. Trochę tak, jakbyś odziedziczył ją po kimś.
-Czyli, że moja dusza należała do kogoś innego, zanim się urodziłem?
-Owszem. Nie tylko twoja. Moja też. W każdym razie ja tak to widzę. A jak jest u was?
-U nas jest tak, że jeżeli umrzesz to twoja dusza pójdzie do nieba, albo ewentualnie do piekła.
-A od czego to zależy?
-Jeżeli byłeś dobrym człowiekiem, to pójdziesz do nieba, jeżeli zaś złym, wtedy idziesz do piekła.
-Czyli nie wracasz już na ziemię?
-Niestety nie.
-Chyba wolę moją wiarę.
-Nie dziwię się.
Patrzyliśmy sobie przez chwilę w oczy, ale w końcu odwróciłam wzrok, prychnęłam i wróciłam na drugą stronę ogniska. W pewnej chwili zasnęłam. Obudziłam się w nocy. Mike był skulony, a ognisko ledwo co się paliło. Trząsł się. Położyłam się obok niego i zaczęłam grzać go moim futrem. Przytulił się do mnie przez sen. Zachowywał się jak małe dziecko. To było... słodkie. Rano jeszcze spał, kiedy ja się obudziłam. Co prawda jeszcze mnie wszystko bolało, ale dałabym radę go nieść. Zabrałam nasze rzeczy i wrzuciłam go na swój grzbiet tak, żeby nie spadł. Po jakimś czasie obudził się.
-Co się dzieje?
-Idziemy dalej.
Nagle poczułam, jak zeskakuje z moich pleców. Odwróciłam się i mruknęłam na niego.
-Nie ma mowy, żebyś mnie niosła.
Warknęłam.
-Możesz sobie warczeć ile chcesz. Mnie to nie rusza.
-Dlaczego, tak właściwie, zależy ci, żebym się nie przemęczała? Jestem tylko zwierzęciem.
-Ale ja w tym zwierzęciu zobaczyłem kobietę. Śliczną, mądrą, niezależną kobietę. I zobaczyłem też jej serce.
Patrzyliśmy sobie chwilę w oczy.
-Niedaleko stąd jest miasto. Mógłby cię tam obejrzeć lekarz- odrzekł.
-I co mu powiesz? Że biłam się z wilkami?
-No to może weterynarz? On nie będzie się pytał co robiłaś. Pójdziesz do niego jako wilk.
Po minucie ciszy odwróciłam się i odrzekłam:
-Nie ma mowy.
-A co zrobisz? Będziesz szła taka poobijana? A co, jeżeli coś ci się stanie z tymi ranami. Jak wda się zakażenie, albo zaczną na nowo krwawić? Co wtedy?
Westchnęłam.
-To gdzie jest to miasto?
-Jakieś pół godziny stąd.
-To wsiadaj.
-Nie, dziękuję. Przejdę się.
Przewróciłam oczami i prychnęłam. Tak jak mówił Michael, niedługo potem byliśmy na miejscu.
-Musimy ci jeszcze kupić obrożę, kaganiec i smycz.
Spojrzałam na niego niezadowolona.
-Wymogi miasta- wyjaśnił.
Poszliśmy do sklepu zoologicznego. Mike zaczął mierzyć mi różne obrożę. W końcu znalazł odpowiednią. Dobrał jeszcze smycz i kaganiec i wyszliśmy. Sprzedawca był zdziwiony widokiem tak wielkiego psa. Przed lecznicą założył mi to wszystko.
-Nigdy więcej...- mruknęłam.
-Oj, nie marudź.
-Następny proszę!
Weszliśmy do gabinetu. Kiedy zobaczyłam te wszystkie igły i narzędzia, zaczęłam panikować. Usiadłam pod ścianą i nie chciałam podejść. Mike kucnął przede mną.
-Hej, co jest?
Pokazałam mu wzrokiem na igły.
-Ty nie będziesz szczepiona, tylko opatrzona. No chodź, nie bój się.
Podeszłam nieśmiało do weterynarza. Zaczął mnie oglądać i bandażować poważniejsze rany. Zanim się obejrzałam było po wszystkim.
-Pójdziemy jeszcze w jedno miejsce.
Mike i ja poszliśmy do sklepu jeździeckiego. Michael kupił tam siodło, rękawiczki i lejce.
-Po co ci to?
-Jeżeli mam na tobie jeździć, to obojgu będzie nam wygodniej.
Kiedy wróciliśmy z miasta, założył to na mnie i wsiadł.
-Czujesz się na siłach?
-Jak jeszcze nigdy- powiedziałam, zniżając ciało do ziemi.
Wystartowałam jak błyskawica przed siebie.
-Alex! Spokojnie!
Przystanęłam.
-Może następnym razem ostrzegaj mnie, kiedy będziesz chciała przyprawić mnie o zawał?
Zaśmiałam się.
-To możemy jechać, królewiczu?- zapytałam żartobliwie.
-Teraz tak. I nie nazywaj mnie królewiczem.
-A jak? Może królewno?
-Ej, bo zaraz ja będę złośliwy- zaśmiał się.
Przez resztę dnia jechaliśmy w spokoju...

niedziela, 16 marca 2014

Rozdział III

Po rozpaleniu ogniska poszłam z Mikiem patrolować teren.
-Zobacz, jaka ładna łąka!- wykrzyknął i zaczął tarzać się w trawie.
Zaśmiałam się.
-Alex! No chodź!
Podbiegłam do niego, ale nigdzie go nie widziałam. Nagle poczułam, jak skrada się za mną. Miałam bardzo dobry słuch. Kiedy skoczył, schyliłam się i Mike wylądował na trawie przede mną.
-Wilczy słuch- wyjaśniłam.
Wstał, otrzepał się i usiadł obok mnie na ziemi.
-Ładne gwiazdy.- odrzekł.
-Tworzą konstelacje- zamieniłam się w człowieka i położyłam na plecach.
Mike położył się obok.
-To jest Smok. A tam Psy Gończe- przesuwałam jego palcem po niebie.
-A tam jest Wielka Niedźwiedzica- tym razem on pokazał moim.
Spojrzałam na niego.
-Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?- zapytałam.
-Może. Zależy jeszcze od ludzi. A ty?
-Powiedzmy, że zaczynam.
Po chwili ciszy powiedziałam:
-Chcesz wiedzieć jak stałam się wilkiem?
Pokiwał niepewnie głową.
-To było dziesięć lat temu. Miałam wtedy dwanaście. Czarodziej napadł naszą rodzinę i... wszystkich pomordował. Zostałam tylko ja... i Rose. Ale nie na długo. Teraz jestem ja. Rzucił na resztę klątwę, czy coś w stylu czaru. Ranną znalazł mnie Drake. Zaopiekował się mną i jesteśmy teraz razem.
Zaczęłam czuć zmęczenie. Przytuliłam się do Michaela i zasnęłam. Obudziłam się rano. Usiadłam na ziemi. Nagle on się obudził.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry- odrzekłam.
-Dobrze spałaś?
-Owszem, a ty?
-Też. Tylko, że plecy mnie teraz bolą.
Zaśmiałam się i wstałam. Przeciągnęłam się i rozejrzałam.
-Lepiej wracajmy już do reszty.
Mike wsiadł mi na grzbiet i wróciliśmy.
-I jak było?- zapytał Drake.
-Cicho. Żadnych niespodzianek.
Drake spojrzał podejrzliwie na Michaela. Nagle usłyszałam za sobą wycie.
-Co to było?- zapytał Drake.
-Wolfmundy...
-Co?
-Wolfmundy! Drake, uciekajcie! Mike, jedziesz z nimi.
-Nie zostawię cię samej!
-Ty nie rozumiesz! One są za silne, ale jak zostanę, to będziecie mieli trochę więcej czasu! No już!
-Nigdzie nie idę!
-Drake! Weź go i uciekajcie!
Drake zaczął biec przed siebie, porywając Mika przy okazji.
-Alex!
Wbiłam się pazurami w ziemię i czekałam na atak. Wolfmundy zaczęły krążyć wokół mnie.
-No, widzę, że w końcu mam okazję na zemstę.
-Rafael.
Zawarczałam. Rzuciła się na mnie trójka. Gryzłam i kopałam ile mogłam. Nagle poczułam uderzenie i zapadła ciemność. Obudziłam się cała zakrwawiona i obolała. Wstałam ciężko. Ślady zostały. Muszę za nimi iść. Zaczęłam się wlec. Muszę pomóc Michaelowi. Wstałam na cztery łapy i zaczęłam kuleć w ich stronę. Nagle straciłam siły. Upadłam. Nie pamiętam, co było dalej...

Rozdział II

Otworzywszy rano oczy, uświadomiłam sobie, że wszyscy jeszcze śpią. Polizałam Drake'a po policzku.
-Cześć kochanie- tracił mnie nosem.
-Cześć. Co sądzisz o Michaelu?
-O tym nowym? Jest nawet nawet.
-Hm. Tak- uśmiechnęłam się.
Wyglądał tak... niewinnie, kiedy spał. Tak słodko. Spojrzałam na niebo. Słońce było już wysoko.
-Musimy już iść. Wstawać!
Nagle Mike się obudził.
-Hm? Co się dzieje?
-Idziemy.
Zebraliśmy się i ruszyliśmy dalej. Rozmawiałam z Mikiem, który siedział na moich plecach.
-Przepraszam cię za Drake'a. Jest strasznie nadopiekuńczy.
-Nie ma o czym mówić. Rozumiem go. Gdybym miał taki skarb pod swoją opieką też bym się martwił.
Zarumieniłam się.
-Potrafisz zamieniać się w kobietę. Czy masz jakiś limit?
-Nie. Żadnego limitu.
-A jak się stałaś wilkiem?
-To nie jest przyjemna historia.
-O, wybacz.
Przez resztę czasu szliśmy bez słowa. Po parunastu godzinach zrobiliśmy sobie przerwę. Usiadłam z Drake'm nad jeziorkiem. Nagle wziął mnie na ręce.
-Co ty wyprawiasz?- zaśmiałam się lekko.
-Nie uważasz, że warto by troszkę popływać?
-Wiesz, że po tamtym wypadku...
-Spokojnie, będę cię trzymał.
Wszedł, niosąc mnie, aż po samą pierś. Pocałował mnie lekko. Nagle przechyliliśmy się i wpadliśmy oboje do wody. Zamieniłam się w wilka i panicznie wypłynęłam na brzeg.
-Alex! Przepraszam cię. To moja wina.
-Nie, nic się nie stało. Tylko muszę chwilkę posiedzieć sama...
Drake kiwnął głową i odszedł. Po jakimś czasie usłyszałam za sobą kroki. Odwróciłam głowę.
-To tylko ja.
Michael usiadł ostrożnie obok mnie.
-Mogę cię o coś zapytać?
Kiwnęłam łbem.
-Dlaczego boisz się wody?
Przez chwilę nic nie mówiłam, aż w końcu:
-Jak byłam młodsza miałam siostrę - Rose. Bawiłyśmy się nad wodą. Miałam jej pilnować. Nagle zobaczyłam, jak... Rekiny... ona...
Z oczu pociekło mi kilka łez.
-Przykro mi. Nie wiedziałem.
-Nie mogłeś wiedzieć.
Poczułam, jak siada bliżej. Objął mnie ramieniem. Z jakiegoś powodu nie czułam się podle. To tylko przyjaciel. Nie obściskiwaliśmy się, ani nie całowaliśmy. Ale przy nim czułam się szczęśliwa. Położyłam łeb na jego kolanach i zaskomlałam. Pogładził mnie po nim. Wbrew pozorom był miły i kochany. Kiedy spojrzałam mu w oczy zobaczyłam w nich małe iskierki. Nagle na gałęzi wylądował niebieski ptaszek. Wstałam i podeszłam do drzewa. Zmieniłam się w człowieka.
-Chodź- szepnełam do Michaela.
Podszedł do mnie cicho. Złapałam go za rękę. Zagwizdałam i ptak usiadł mi na dłoni.
-To jest uruken. Ptak miłości i przeznaczenia.
-Jest cały niebieski.
-Owszem- zaśmiałam się- Urukeny są niebieskie, żeby maskowych się w kwiatach. Powinniśmy już iść.
Zamieniłam się w wilka. Mike wsiadł na mnie niechętnie.
-Nie dobrze mi z tym, że męczę swoim ciężarem dziewczynę.
-Jako wilk mogłabym unieść jeszcze dwunastu takich jak ty.
-Może lepiej będzie, jak pójdę na nogach?
-Wtedy nie dojdziemy na czas. Siedź i nie marudź.
Przez większość dnia szliśmy bez przerwy. Dopiero pod wieczór usiedliśmy spokojnie...

sobota, 15 marca 2014

Rozdział I

Otworzywszy rano oczy usłyszałam szczekanie. Nie dadzą się wyspać. Wyszłam z namiotu i przeciągnęłam się.
-Alex!
Przybiegł mój ukochany Drake. Przytulił się do mnie.
-Co znów się dzieje?- zapytałam.
-Wataha czarodzieja.
-Znów?
-Niestety. Na dodatek widzieliśmy dwóch mężczyzn niedaleko.
-Ruszamy.
Pobiegliśmy tam, gdzie patrol ostatnio widział watahę. Wilki czarodzieja były z wielkie i zmutowane. Na szczęście nie były silniejsze. Zobaczyłam, jak jeden z nich zbliża się do mężczyzny. Podbiegłam i wgryzłam mu się w bok. Zaczęliśmy się tarzać, aż w końcu zniknął. Najgorsze, że mieli umiejętność teleportacji. Spojrzałam na chłopaka. W jego oczach było coś... ciekawego, pociągającego. On cały był pociągający. Alex, skup się. Zobaczyłam, jak drugi przeciwnik teleportuje się razem z drugim chłopakiem. Pozbyliśmy się ich, więc mogliśmy wracać. W pewnym sensie.
-Josh! To coś go porwało, a wy sobie odchodzicie?!
Poczułam, że on idzie w moją stronę, ale mimo to, że stałam tyłem go niego, to nie martwiłam się nim. Drake w mojej obronie rzucił się i przygwoździł go do ziemi.
-Drake. Nie przesadzaj.
Mój ukochany wstał z niego. Podeszłam do chłopaka i powiedziałam w jego języku:
-Twojego przyjaciela porwała wataha czarodzieja. Nie sądzę, że dasz radę go uratować.
Po czym odwróciłam się od niego.
-Okej! Nie zemdleję, tylko dlatego, że mojego przyjaciela zabrały jakieś wielkie bydlęta! Pomóżcie mi go uratować! Proszę...
Przystanęłam. Kurcze.
-Zgoda, ale jak już go uratujemy, to odejdziesz i zapomnisz o nas. Jasne?
Pokiwał głową.
-Ruszamy.
-Tak od razu?
-Chcesz go uratować, czy nie?
-Chcę.
-Więc idziemy.
-A daleko to?
-Bardzo daleko.
Spojrzałam na niego. Wyglądał jak nieporadne szczenię. Przysiadłam na ziemi.
-Wsiadaj.
-Słucham?
-Jeżeli będziesz szedł sam, to nie zdążysz na czas. No wsiadaj już.
Poczułam, jak siada mi na grzbiecie. Ruszyliśmy truchtem. Ze mną było trzech żołnierzy i Drake. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko i usiedliśmy przy nim. Byliśmy już trzydzieści kilometrów dalej. Oparłam się o kłodę i zmieniłam w człowieka. Kiedy chłopak to zobaczył, oniemiał. Zrobił wielkie oczy. Zaczęłam gładzić moje czarne, proste, długie włosy.
-Wybacz, ale nie wiem nawet, jak masz na imię- odrzekł, kiedy byliśmy sami.
-Mów mi Alex.
-Alex. Miło mi cię poznać. Jestem Michael.
Zaczęłam mu się przyglądać.
-Lepiej pójdę spać. Dobranoc- odrzekłam i położyłam się jako wilk.
-Dobranoc.
Michael chciał położyć się niedaleko mnie, ale Drake zawarczał na niego i zajął miejsce przy mnie. Położył pysk na moim karku i zasnęliśmy. Tej nocy on mi się śnił. Ten Mike. Wyglądał mniej więcej tak:

Prolog

W Cichym Borze żyła Wataha Północy. Nie mieli samca alfa. Zginął w walce. Przewodziła im samica alfa - Alexandra, zwana Alex. Biała jak śnieg, wielka jak byk, chociaż nie największa. Jej ukochany wilk był czarny i jeszcze większy. Alex była silna, rozważna i stworzona do przywództwa. A co najważniejsze była piękna. W jej oczach tańczyły gwiazdki. Wzbudzała szacunek i zaufanie. Potrafiła przybrać ludzką postać i mówić w obu postaciach. Mogła za swoim stadem wskoczyć nawet w ogień...